Wyjeżdżając do Wielkiej Brytanii, nie brałam ze sobą mapy – brałam marzenia o krainie porannych mgieł, wełnianych swetrów i parującej herbaty pitej w spokoju przy oknie.
Chciałam, żeby to miejsce mnie „uciszyło” i uleczyło.
Kupiłam nawet miętowy rower z koszykiem – mój mały, naiwny symbol idylli. Wyobrażałam sobie, jak sunę nim przez angielskie miasteczko, czując wewnętrzną harmonię, o której pisała moja literacka patronka.
Rzeczywistość? Okazała się „źle uszytym życiem”.
Zamiast salonów z Rozważnej i romantycznej, przywitał mnie:
🔹Wilgotny pokój pachnący samotnością.
🔹Miętowy rower, którym w strugach deszczu przebijałam się przez londyński chaos, czując się jak „królowa brudnych resztek”.
🔹Wielkie marzenie, które zmokło już na pierwszym skrzyżowaniu.
W książce opowiadam jednak nie tylko o tym trudnym początku, ale również o etapie, w którym z dziewczyny stałam się kobietą.To właśnie tam, w Londynie, moje naiwne wyobrażenia zderzyły się z dorosłością. Największy wpływ na moją karierę i życie miało jednak macierzyństwo. To ono stało się ostatecznym sprawdzianem dla mojej filozofii balansu.
Dopisz mi ta końcówkę proszę i całość do skopiowania nic więcej nie dodawaj